Kto nie wygrywa przez KO, ten przegrywa na punkty, czyli o wyborach do PEU 2019

W boksie mówi się często, że jeśli ktoś chce wygrać przez nokaut i nie znokautuje przeciwnika na początku walki, to na pewno przegra na punkty. Mam wrażenie, że właśnie coś takiego przytrafiło się w tych wyborach PO i Koalicji Obywatelskiej w ogóle. PO postawiło wszystko na walkę z PiS. Wzięło do siebie wszystkich, kogo tylko mogli, od Nowoczesnej do Zielonych. Mało tego, sporo dobrych miejsc oddali towarzyszom z SLD (Liberadzki, Miller, Cimoszewicz, Belka i Balt zostali Europosłami, to 5 z 22 mandatów dla Koalicji Europejskiej, a przypominam, że Zjednoczona Lewica pod przewodnictwem SLD w 2015 roku znalazła się pod progiem i trudno powiedzieć, że od tego czasu SLD miało jakieś spektakularne sukcesy). KO wytoczyła też największe działa zatrudniając były premierów, poza wymienionymi wcześniej był to np. Jerzy Buzek.

nokaut

Niestety podobnie jak bokser, który myśli, że w 1-2 rundy rozniesie przeciwnika, PO przejechało na tej taktyce. Okazało się, że pójście na wojnę i atakowanie nie tylko samego PiS, ale także wyborców PiS rzeczywiście zmotywowało elektorat. Z tym, że to był przede wszystkim elektorat PiS. Przy rekordowo dużej frekwencji 45,68% (dla porównania: w 2004 – 20,9%, w 2009 – 24,53%, w 2014 – 23,83%, czyli w tym roku było DWA RAZY więcej głosujących!) PiS zdobył 45,38% głosów. Cóż z tego, że na KO zagłosowało 38,47% uprawnionych do głosowania, skoro PiS zbliża się do połowy oddanych głosów w ogóle.

Tym razem trudno oskarżać partie lewicowe o odebranie głosów Platformie, bo Razem zdobyło niewiele ponad 1% a Biedroń też wypadł zdecydowanie poniżej oczekiwań. Nie jestem fanem Biedronia, ale liczyłem, że jego mimo wszystko dość progresywne ugrupowanie dostanie zdecydowanie lepszy wynik, bliższy 10%. Liczyłem też na wynik w okolicach 3% dla Lewicy Razem, czyli Partii Razem idącej tym razem (hehe) wspólnie z Ikonowiczem (w końcu!) i z Unią Pracy (w sumie nie wiem po co).

Niestety kampania wyglądała jak wyglądała: kto nie z nami, ten przeciw nam, jak to mawiał pewien bijący żonę bard Solidarności. Zarówno Razem (bardziej), jak i Biedronia oskarżano o to, że nie chcą iść razem z KO i głos oddany na nich jest głosem zmarnowanym. Jeszcze gorzej dostawało się wyborcom PiS. Nie obiecano im nic pozytywnego, wyzywano ich natomiast na każdym kroku od ciemniaków, którym nie zależy na demokracji, bo sprzedali się za 500+. Zresztą od razu po wyborach były prezydent Bronisław Komorowski stwierdził, że na PiS zagłosowali ci, którzy nie płacą podatków (serio? Nie wiedziałem, że milionerzy dysponują w Polsce kilkoma milionami głosów!).

pieniadze

A w ogóle wiecie jak to jest jak prawica mówi, że „a w ogóle to lewica/PO to są prawdziwi faszyści!!!” i, że to jest tak ogólnie bzdura, nie? No więc okazuje się, że kurwa chyba nie zawsze. Pewien „artysta” zwący się Max Skorwider przywalił chyba najobrzydliwszym gównem jakie kiedykolwiek widziałem w polskiej polityce (a jak wiecie konkurencja jest spora):

karaluchy

Typie, popierdoliło cię? Serio pytam. Porównujesz moją rodzinę mieszkającą na wschodzie Polski do karaluchów, bo w ich województwie wygrał PiS? To, że porównania nasuwają się same, to chyba mało powiedziane…

zydzi

(obrazek już zdążył zniknąć ze strony autora, widać ktoś mu powiedział, że jest idiotą)

Nie dziwi mnie, że przy takiej narracji ludzie którym PiS odpowiada albo przynajmniej nie przeszkadza, albo przeszkadza, ale bardziej przeszkadzałoby im odebranie 500+ czy zamrożenie płacy minimalnej poszli zagłosować na PiS. Opozycja nie obiecała im nic konkretnego (programowo bezprogramowe PO czy fajno bezprogramowy Biedroń) lub wydawała się niewybieralna (Lewica Razem).

Moja teoria jest taka, że część ludzi zagłosowała na PiS dlatego, że przez ciągłą nagonkę na „pasożytów i ciemniaków co biorą kasę od państwa i głosują na PiS” bała się konsekwencji wygranej PO, nawet jeśli poglądowo bardzo daleko im do PiS. Młoda nauczycielka z mężem bibliotekarzem na minimalnej może sobie wyżej cenić 500 zł na dziecko, niż Trybunał Konstytucyjny. Ludzie nie chcieli się przyznawać do głosowania na PiS, bo między exit pollami, a wynikami oficjalnymi straciły wszystkie partie, poza PiS, a z tajnego źródła (tu pozdrawiam), wiem, że przynajmniej w niektórych komisjach ludzie często odmawiali odpowiedzi na pytania ankieterów.

Na koniec skomentuję jeszcze wynik Konfederacji czyli naszych lokalnych faszystów z przystawkami, ale nie mam zamiaru poświęcać im za dużo czasu. Otóż dostali oni 621 188 głosów. W wyborach prezydenckich w 1995 roku sam Janusz Korwin-Mikke bez pomocy internetu nazbierał 428 969, a w 2014 dostał 505 586 i wszedł do PEU, bo była malutka frekwencja. Mamy po prostu w Polsce około pół miliona ludzi z takimi, a nie innymi poglądami i to się jakoś specjalnie nie zmienia. Biorąc pod uwagę, że sama Beata Szydło dostała 525 tys. głosów, to uważam, że nie jest to potężna siła, z którą trzeba się liczyć, a mainstreamowe partie robią coś idiotycznego skręcając w prawo, żeby przyciągnąć do siebie tych ludzi. Jedyne co należałoby robić to ograniczać ich aktywność na ulicach, bo tu nawet parudziesięciu idiotów jest w stanie komuś zrobić krzywdę. Faszyści fetyszyzują pokazy siły i nie wolno im na nie pozwalać.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Według mnie, żeby cokolwiek ugrać, potrzebujemy partii (w liczbie mnogiej!), które będą starały się wygrać na punkty. Nie chodzi tu o odsunięcie PiS od władzy za wszelką cenę (była próba teraz, nie udało się dość spektakularnie), tylko o to, żeby pokazać programy i chęci, które zmotywują ludzi do tego, żeby zagłosować na liberałów, lewicę i kogokolwiek innego, kto pokaże, że jednak można coś z robić. Najgorsze co można robić, to wyzywać ludzi od ciemniaków i rysować mapy, gdzie dzielimy Polskę na lepszą i gorszą. Powinniśmy raczej przywyknąć do tego, że biedne regiony nie zagłosują na tych, którzy jakąkolwiek postać polityki socjalnej czy solidarnej nazywają „rozdawnictwem”.  Trzydzieści lat Balcerowicza wystarczyło, żeby Polaków do czegoś takiego zniechęcić, szkoda tylko, że akurat PiS to wykorzystał. Póki oderwani od rzeczywistości liberałowie, dla których 500 zł to cena obiadu w restauracji dla jednej osoby tego nie zrozumieją, a lewica nie przestanie głosować na liberałów (albo na PiS, bo i takie przypadki są…) „bo oni mogą wejść”, to NIC się nie zmieni.

Linki: https://www.rp.pl/Wybory-do-PE/190529479-Komorowski-PiS-wygral-w-tych-kregach-wyborczych-ktore-nie-placa-podatkow.html

Reklamy

Mistrzowie Podrywu 01: Negging, czyli jesteś brzydka, ale i tak może się z tobą prześpię.

Komplementy są różne. Szczere, nieszczere, pożądane i całkowicie niechciane. Co innego kiedy nasz partner mówi, że mamy ładną fryzurę, a inaczej się poczujemy, gdy wujek na weselu powie, że „niezła dupa z ciebie wyrosła”.

casanova01

Nie będę teraz pisał, o tym, kiedy komentarze na temat czyjegoś wyglądu są na miejscu, a kiedy nie (wydaje mi się, że już o tym pisałem, a jak nie to zrobię to przy innej okazji). Zajmiemy się czym innym, czyli tym do czego komplementy służą. Otóż w normalnym świecie zarówno ktoś kto mówi komplementy chciane, jak i ktoś, kto mówi te niechciane, spytany dlaczego to robi, zwykle odpowie, że chciał być miły (choć w wypadku wujka na weselu moglibyśmy pewnie odpowiedzieć „kurwa, serio?”). Odpowiedź wydaje się w sumie całkiem sensowna, osoba której mówimy mniej lub bardziej wyszukany komplement ma się poczuć doceniona i atrakcyjna. Oczywista oczywistość jakby to powiedział prezes? Otóż nie tym razem.

Pick-Up Artists (PUA) czyli samozwańczy mistrzowie podrywu uważają, że komplementów używać do… obniżenia samooceny potencjalnej ofiary (nie piszę „ofiary” w cudzysłowie, bo każda kobieta przy spotkaniu z PUA może bardzo łatwo stać się ofiarą molestowania czy nawet gwałtu).

Takie „komplementy” to właśnie „negging” czyli jak pisze Maja Staśko w swoim ebooku „Gwałt to przecież komplement. Czym jest kultura gwałtu”:

„podryw na negging, czyli przez upokarzanie ciała kobiety, które obniża jej poczucie wartości, dzięki czemu łatwiej się zgadza na randkę czy na seks tylko po to, by pokazać sobie i światu, że mimo wszystko jest atrakcyjna. Sprawdzony sposób, słowo daję: powiedz jej, że jest gruba/brzydka/ma tłuste włosy/źle się ubiera lub maluje, a jest twoja.”

Jak takie coś może wyglądać w praktyce? Przykłady radośnie podają sami PUA. Zwykle polegają one na stwierdzeniu, że kobieta nie odpowiada wyjętym bezpośrednio z dupy kryteriom podrywacza i czasami są po prostu idiotyczne: „jesteś całkiem ładna jak na swoją wagę”, „normalnie nie lubię blondynek, ale ty jesteś spoko”, „uważam, że kobiety nie powinny nosić krótkich włosów, ale ty nawet tak jesteś seksi”. Oczywiście jeśli napotkany Casanova jest bardziej kumaty, to może powiedzieć coś mniej debilnego, ale zamierzenie będzie takie samo: masz się poczuć na tyle źle, żeby chcieć się z nim przespać, żeby udowodnić, że jesteś atrakcyjna.

playbook

Jak czują się kobiety w takiej sytuacji? Tu znów chciałbym oddać głos Mai:

„To działanie, które ma sprawić, że kobieta czuje się upokorzona – i w pierwszym odruchu pewnie większość z nas dokładnie tak by się poczuła. Jeśli odpowiedziałabym mu w podobny sposób, mogłabym usłyszeć, że go skrzywdziłam i przesadziłam. Jeśli nie, mogłabym usłyszeć, że sama daję się upokarzać. Jeśli olałabym, on mógłby to stosować na kolejnych kobietach. Jeśli nie olałabym, to ja okazałabym się konfliktowa i zła.

Wszystko, co w takiej sytuacji robimy i czujemy, stawia nas w bardzo niekomfortowym położeniu. I dokładnie na tym to ma polegać – żeby pozbawić nas kontroli. Dlatego to forma molestowania. Gdyby w świecie były mechanizmy, dzięki którym wszyscy wiedzą, jakie to zjebane, nie byłoby problemu. Ale problem jest, bo takich mechanizmów nie ma, a upokarzanie drugiej osoby uznawane jest za rodzaj znakomitego flirtu. Upokarzanie obcej osoby to nie flirt. Nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek miłosną czy seksualną „grą”. To zwyczajna przemoc.”

Wychodzi na to, że nawet osoba, która wie co się dzieje, czuje się źle w takiej sytuacji. PUA mają to gdzieś. Kobiety są dla nich tylko ofiarami, przedmiotami które należy zdobyć i zostawić. Takie założenia powodują, że nawet komplement, coś  z założenia pozytywnego, staje się narzędziem wyrządzania celowej krzywdy.

Jak więc się bronić? Na pewno pomoże mówienie, że takie coś istnieje i do czego służy. Im więcej osób nauczy się rozpoznawać ten typ manipulacji, tym lepiej. Jeśli wiemy, że ktoś może tak robić, to następnym razem kiedy usłyszymy coś co powierzchownie brzmi jak komplement, ale powoduje, że czujemy się ze sobą gorzej, to w głowie powinna zaświecić się nam czerwona lampka z napisem „spadaj, typie”.

Ebook Mai Staśko: http://wakat.sdk.pl/gwalt-to-przeciez-komplement-czym-jest-kultura-gwaltu/

Filmik Gargamela o PUA: https://www.youtube.com/watch?v=W7Ztq4qgKlg

 

 

Czy można dawać stypendia tylko dla praktykujących katolików?

Spore kontrowersje wzbudziło opublikowanie przez Fundację UAM informacji o stypendium, które jest dostępne tylko dla „praktykujących katolików”. Pytania nasuwają się same: Czy jest to dyskryminacja? Jak komisja przyznająca stypendia ma zamiar sprawdzać czy ktoś jest praktykującym katolikiem?

templar1-640x427

Odzywają się też inne głosy, które sugerują, że skoro pieniądze wyłożone na stypendium pochodzą z katolickiej fundacji Św. Benedykta, to fundacja może stawiać takie wymagania osobom, które miałyby otrzymać stypendium.

W tym momencie chciałbym też zwrócić uwagę na to, że istnieje MNÓSTWO katolickich organizacji, które pomagają ludziom niezależnie od wyznania i uważają to za coś oczywistego. Sam chodziłem kiedyś na tanie obiady do Sióstr Urszulanek, które wydawały też darmowe posiłki bezdomnym i nikt nikogo z katechizmu nie przepytywał.

obrazek

Jeśli przyjmiemy takie tłumaczenie, to trafiamy na bardzo śliski grunt, bo na takich zasadach to większość prywatnych instytucji czy firm może odmówić pomocy czy obsługi niepasującym osobom. Bar czy restauracja może odmówić wstępu muzułmanom, sklep może nie sprzedać chleba Rosjaninowi, a hotel odmówić noclegu Ukraińcom.

Istnieją dwa podejścia do tego typu spraw: jedno mówi, że takie zachowanie powinno być jednoznacznie nielegalne i jest całkowicie niemoralne. Inni mówią, że każdy może robić, co chce ze swoją prywatną własnością (czyli np. barem) i jeśli nie podoba nam się, że nie wpuszcza osób o ciemnym kolorze skóry, to możemy go bojkotować.

Z drugim podejściem absolutnie się nie zgadzam. Z jednej strony mamy konstytucję, która w oczywisty sposób zabrania dyskryminacji i daje prawo do równego traktowania. Z drugiej strony mamy praktykę i przykłady krajów, w których jawna dyskryminacja jest lub była dopuszczona. Nie chodzi nawet o III Rzeszę, ale choćby o naszego „wielkiego przyjaciela zza oceanu” czyli USA. Oddzielne szkoły, drużyny sportowe czy nawet krany dla Afroamerykanów jeszcze nie tak dawno były normą. Przy rasizmie systemowym bojkot nie jest rozwiązaniem.

konstytucja

Wyobraźcie sobie, że ktoś otwiera bar niedaleko stadionu Legii czy Wisły z wielką tabliczką, że nie wpuszcza do niego „ciapatych i żydów”. Jak myślicie, czy bar zbankrutowałby dlatego, że zbojkotowaliby go obrońcy praw człowieka, czy raczej zarabiałby krocie na kibolach i innych narodowcach, którzy znaleźliby tam idealne miejsce na wspólne jedzenie wafelków i świętowanie urodzin wujka Adolka?

Albo linia autobusowa, która reklamuje się w ten sposób, że nie wpuszcza muzułmanów, więc nikt nie podłoży bomby w autobusie? Na serio myślicie, że nasi obywatele są tak światli, że mimo rządowej propagandy antyimigranckiej, zbojkotowaliby takiego przewoźnika czy raczej uznaliby taką dyskryminację za „rozsądne rozwiązanie”?

Co do samego stypendium, to mimo, że z opisu wydaje się, że jest ono skierowane do wszystkich  studentów, to potem okazuje się, że Fundacja przewiduje współpracę z kimś, kto będzie publikował dla katolickiego czasopisma. Jest zrozumiałe, że chcą znaleźć osobę, która się nada do takiej pracy, ale wymaganie, żeby był to „praktykujący katolik” wydaje się całkowicie nietrafione. Po pierwsze, gdyby od razu jasno opisać założenia programu stypendialnego, można by było się spodziewać, że zgłoszą się jedynie osoby zaangażowane w jakiś sposób w życie kościoła. A z drugiej strony to np. student politechniki z Filipin, który codziennie chodzi do kościoła, ale słabo mówi po polsku raczej niezbyt się tu przyda, mimo bycia praktykującym katolikiem, a dla odmiany student religioznawstwa, niezależnie od swojego wyznania lub jego braku mógłby pewnie zaoferować coś ciekawego katolickiej redakcji.

linki:

program stypendialny: http://fuam.pl/pl/nowy-program-stypendialny-w-ofercie-fundacji-uam-zachecamy-do-aplikowania/

Art 32: https://www.arslege.pl/zasada-rownosci-obywatela-wobec-prawa/k15/a5263/

 

 

 

Taniec Św. Wita konserwatywnej „opozycji”

Taniec św. Wita – społeczne zjawisko, które miało miejsce głównie w Europie pomiędzy XIV a XVII wiekiem. Polegało ono na gromadzeniu się grup niezrównoważonych tańczących ludzi, czasami liczących nawet setki osób równocześnie. Mania dotykała mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy tańczyli aż do omdlenia ze zmęczenia. (M. J. Colligan).

st vitus

Od kiedy w Sejmie odrzucony został projekt Ratujmy Kobiety, mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem, które dotknęło wielu „opozycyjnych” publicystów i polityków. Kiedy po raz kolejny stało się to, o czym od lat mówi lewica, a Platforma Obywatelska i Nowoczesna (nie wspominając o PSL) pokazały, że od PiS różnią się jedynie ograniczaniem najbardziej wywrotowego elementu rydzykowego, „opozycyjny” Twitter zapełnił się nagle atakami na protestującą pod Sejmem opozycję pozaparlamentarną, która tym razem śmiała się sprzeciwiać, nie tylko temu co robi PiS, ale też temu, że posłowie „opozycji” parlamentarnej także wolą kompromis między prezesem i plebanem i prawa kobiet mają w dupie.

Tomasz Lis atakuje Tok FM za to, że śmiało nazwać po imieniu to co zrobiły w Sejmie PO i Nowoczesna, sugerując, że radio jest przybudówką partii Razem. Mam nadzieję, że to prawda, bo jeśli Razem przejmuje media, to może dostanie przed następnymi wyborami trochę więcej niż 8 sekund czasu antenowego.

lis

Do Lisa dołącza były Minister Obrony Narodowej w rządzie PiS, Radosław Sikorski, kolejny, który uważa, że Partia Razem posiada moce, które pozwalają jej na zadecydowanie o wyniku wyborów parlamentarnych w Polsce (po raz kolejny mam nadzieję, że to prawda!)

sikorski

Wypowiedzieć musiała się także Eliza Michalik, była dziennikarka Gazety Polskiej i Gościa Niedzielnego, a także znana plagiatorka, która nazywa totalne olanie wyborców przez PO i Nowoczesną „powinięciem nogi” i zarzuca Adrianowi Zandbergowi, że wykorzystuje ten moment do promowania partii Razem, bo na sukces wyborczy trzeba „ciężko pracować”. Dziwnym wydaje się, że robi to broniąc polityków, którzy zamiast wykonywać swoją pracę, czyli głosować, uciekli z Sejmu jak szczury z tonącego okrętu.

michalik

Na koniec pojawia się oczywiście były szef Ligi Polskich Rodzin i były minister edukacji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, który nagle stał się wielkim opozycjonistą, czyli Roman Giertych. Ten nagle przestał udawać liberała i porównał Barbarę Nowacką do Magdaleny Ogórek.

giertych 2

Jak widać „liberalna opozycja” nie przestaje tańczyć swojego tańca i nadal ma zamiar tłuc wyświechtanym argumentem „kto nie z nami, ten pożytecznym idiotą PiS”, aż do omdlenia. Wydają się nie widzieć, że coraz bardziej się do PiS upodobniają i o ile drastycznie nie zmienią swojej strategii, to będą skazani na sromotą klęskę.

Linki do źródeł (czyli tu możecie wejść na Twittera i potrollować):

Tweet Romka: https://twitter.com/GiertychRoman/status/951756320151146496

Tweet Sikorskiego: https://twitter.com/sikorskiradek/status/952983293552680962

Tweet Lisa: https://twitter.com/lis_tomasz/status/952920868035973123

Tweet Michalik https://twitter.com/EMichalik/status/952962392312426496

Swoją drogą, tutaj (https://twitter.com/EMichalik/status/951368298100412416) atakuje PO i Nowoczesną, więc po cholerę się czepia Zandberga?

link do obrazka: http://viola.bz/saint-vitus-dance-unsolved-mystery/dancing-mania-also-sometimes-known-as-st-vitus-dance-was-first-recorded-in-the-7th-century-reappeared-many-times-across-europe-until-about-the-17th-century/

Prawa kobiet do przehandlowania, czyli PiS i „opozycja parlamentarna” mają was gdzieś

Wczoraj w Sejmie były głosowane projekty zmian w prawie aborcyjnym (które obecnie już jest jednym z najbardziej restrykcyjnych). Biorąc pod uwagę, jaka partia ma samodzielną większość w polskim Sejmie, nikogo nie zdziwiło, że projekt wprowadzający cywilizowane prawo rodem z Europy Zachodniej, edukację seksualną i dostępną antykoncepcję przepadł, a do dalszych prac trafił projekt, który będzie zmuszał kobiety do rodzenia zdeformowanych płodów, które będą umierały w męczarniach zaraz po porodzie (chcę tu uniknąć słowa „dziecko”, bo czy płód bez głowy można jeszcze nazywać „dzieckiem”?).

czarnyprotest

Zdziwić (przynajmniej niektórych) może fakt, że część posłów PiS, w tym Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Krystyna Pawłowicz, Witold Waszczykowski czy sam Jarosław Kaczyński zagłosowali przeciwko odrzuceniu projektu liberalizacji prawa aborcyjnego, podczas gdy duża grupa posłów PO i „Nowoczesnej” wyjęła karty do głosowania albo, jak w przypadku 2 posłów i jednej posłanki PO, zagłosowali bezpośrednio za odrzuceniem. Efekt jest taki, że gdyby nie „opozycja”, to projekt przeszedł by do dalszych prac.

Jaki z tego wniosek? Bardzo prosty. Dla PO, Nowoczesnej i PiS zdrowie i życie kobiet jest tak samo ważne, jak zmiana patrona ślepej uliczki na przedmieściach Sosnowca. Prawa kobiet są potrzebne tylko wtedy, kiedy mogą przynieść parę głosów i pozwolić na zostanie przy korycie.

Były koalicjant PO, czyli PSL najwyraźniej po prostu kobiet nienawidzi, bo poprzednim razem to na wniosek PSL upadł projekt liberalizacji prawa aborcyjnego, a tym razem wszyscy  (poza jedną posłanką) posłowie tej partii głosowali za jego odrzuceniem w pierwszym czytaniu.

Postawy Kukiz’15 nie będę oceniał, bo to przypadkowa zbieranina ludzi, gdzie każdy głosuje jak chce, połowa za odrzuceniem, druga przeciw (warto jednak dodać, że wszyscy głosowali przeciw odrzuceniu projektu o rodzeniu chazaniątek).

Ciekawym jest, że niektórym posłom PO i Nowoczesnej nie starczyło odwagi nawet na samo ZAGŁOSOWANIE. Nieważne, za, przeciw czy wstrzymanie się od głosu. Bali się, że wysłanie projektu „Ratujmy Kobiety” do dalszych prac mogłoby odebrać im potencjalnych konserwatywnych wyborców. Kaczyński się tego nie bał, bo wie, że konserwa i tak będzie za nim, bo nie ma innej opcji. Głosując razem ze swoją gwardią za przepuszczeniem projektu dalej całkowicie ośmieszył PO i Nowoczesną. Oczywiście Kaczyński dokładnie policzył głosy i wiedział, że tak się stanie, podobnie celował w poprzednim głosowaniu, ale wtedy trochę się machnął i za dużo posłów jego partii zagłosowało za odrzuceniem.

Domyślam się, że zarówno w PO, jak i w Nowoczesnej są osoby, którym zależy na kobietach, ale to głosowanie pokazuje, że żadna z tych partii, jako całość, nie ruszy nawet palcem w sprawie ochrony praw kobiet, jeśli nie będą widzieli w tym przełożenia na głosy dla ich partii. Setki tysięcy podpisów, a także „nowoczesność” i cała „europejska” i „progresywna” ideologia lecą na śmietnik, bo obrona „konserwatywnych wartości” może w teorii przynieść wyższy słupek w następnych wyborach. Mało tego, kandydatka na prezydentkę Wrocławia już zaproponowała własny projekt, który przewiduje dalsze ZAOSTRZENIE prawa aborcyjnego (całkowity zakaz aborcji płodów z Zespołem Downa i wadami nieuznawanymi za letalne). Fajny „kompromis aborcyjny”, co nie?

Następny Czarny Protest (a to już pewnie niedługo, bo PiS nie będzie miał specjalnych oporów przed zafundowaniem kobietom piekła, o ile ludzie znowu nie wyjdą na ulice) proponuję organizować bez polityków tych partii.

Kto nam zostaje? Wychodzi na to, że jedyną partią, która uważa, że prawa kobiet to coś więcej, niż tylko kolejna niezbyt ważna karta w Grze o Stołki jest Partia Razem (A także Inicjatywa Polska czy Partia Zieloni). No cóż, paskudne lewaki, nie chcą się podporządkować woli episkopatu i przehandlować cierpienia kobiet za parę głosów od ludzi, którzy kobiet nienawidzą. Tak więc albo to albo musicie zakładać własne partie, bo na obecną opozycję parlamentarną nie ma co liczyć.

PS. 3 posłów PO którzy głosowali za odrzuceniem projektu Ratujmy Kobiety podobno zostało wykluczonych z klubu PO. Ciekawe co stanie się z tymi, którzy uciekli z sali obrad?

Posłowie wylatują z PO: https://twitter.com/KlaudiuszSlezak/status/951437645816754176

„Nowy Kompromis”: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,22881452,poslanka-po-nie-glosowala-ws-aborcji-teraz-zapowiada-nowa.html

Czy kogoś ostatnio molestowałem? – Przewodnik praktyczny, część 2 – Flirt czy Molestowanie?

Za każdym razem kiedy przewija się temat molestowania pojawiają się komentarze w rodzaju „Teraz to wszystko jest molestowaniem” albo „Jak mam rozmawiać z kobietami, skoro zaraz oskarżą mnie o molestowanie??” albo „Klepanie po tyłku kiedyś było normalne, a teraz jest molestowaniem, a zaraz otwieranie drzwi kobiecie będzie molestowaniem! Jak mam odróżnić, co można robić, a czego nie można?”

me too 2

O ile jestem gotów zrozumieć przypadkowych trolli, którzy, jak się można domyślać, tak naprawdę to nie mają nic przeciw molestowaniu i robi im się przykro, że może się okazać, że nie będą już bezkarni, to zawsze dziwiły mnie takie reakcje w wykonaniu osób, które powinny rozumieć interakcje międzyludzkie. Co gorsza podobne podejście wydają się mieć osoby zajmujące się tymi sprawami zawodowo, tak jak na przykład niejaki profesor Zbigniew Lew-Starowicz. Przecież ten pan jest seksuologiem, jak on może tego nie kumać?

Według mnie sytuacja jest (przynajmniej w teorii!) niezmiernie prosta: molestowaniem są zachowania seksualne, które powodują, że druga osoba czuje się niekomfortowo. Nie ma obiektywnej granicy, bo nie może jej być. Nie jest to też coś tylko i wyłącznie kulturowego, jak niektórzy próbują nam wmówić. Nawet jeśli uznamy, że u nas całowanie w rękę jest bardziej przyjęte, niż powiedzmy w Szwecji, to nadal nie zobowiązuje to polskich kobiet do tego, żeby pozwalały na to, żeby każdy stary oblech memlał ich nadgarstki przy powitaniu.

„Ha!” – powiedzą pewnie niektórzy z was – „Stary oblech? Czyli sugerujesz, że przystojnym facetom można więcej! Wiedziałem, nas, którzy nie wyglądamy jak Ryan Gosling, wszędzie prześladują!”. No i powiem tak: poniekąd macie rację, ale nie ma to nic do rzeczy. To samo zachowanie może być mile widziane jeśli robi to jedna osoba, nie jeśli robi to ktoś inny, w innych okolicznościach, zresztą zaraz dam wam przykład:

Jest sobota wieczór siedzicie sobie u kolegi, właśnie skończyła się pierwsza połowa meczu, Polska przegrywa 0-2 i wszystko wygląda na to, że straci szansę na występ na Mistrzostwach Świata (i to z Łotwą! Przecież oni i tak nie grają już o nic, są na przedostatnim miejscu w tabeli…). Kolega wstaje od stołu i rusza w kierunku lodówki. „Wódeczki?” – pyta, wyciągając z zamrażalnika litrową butelkę Finlandii. O ile nie jesteście zdecydowanymi abstynentami, to raczej nie będziecie się sprzeciwiać i niezmiernie ucieszycie się słysząc taką propozycję.

Miesiąc później. Jesteście na weselu kuzyna, którego pamiętacie tylko z tego, że jakieś  30 lat temu zesrał się na pogrzebie dziadka Stefana (można mu wybaczyć, rocznym dzieciom takie rzeczy się zdarzają). Jest druga w nocy, a wy nie dość, że musicie iść jutro rano do pracy (w sobotę na 7? Kto to w ogóle wymyślił, w poniedziałek składacie wymówienie i jedziecie do Peru hodować alpaki, to już postanowione), to jeszcze nic nie pijecie, bo obiecaliście mamie odwieźć ciotkę Bożenę. Właściwie to jakby nie ciotka, to pewnie w ogóle was by tu nie było. Nagle nie wiadomo skąd pojawia się wujek Heniek. Wąsy wujka powoli unoszą się nad powierzchnię żuru, jakby był morsem wynurzającym się z przerębli, różnica polega jedynie na tym, że wujek spożył dziś zdecydowanie więcej śledzi, niż jakikolwiek mors. Sztuczna szczęka skrzypi, gdy wujek odgryza kawałek ogórka kiszonego, jak kowboj odgryzający końcówkę cygara. W przeciwieństwie do kowboja, wujek postanowił jednak ogórka połknąć, po czym zdaje sakramentalne pytanie: „ze mną się nie napijesz?!”

Walrus-Fins-Thick-Water-Rock-Zoo-Bart-Weight-1473278.jpg

Jak widzicie, ta sama czynność może być dla nas przyjemna lub nie, zależnie od kontekstu i towarzystwa. Wszyscy chyba się zgadzamy, że wszystkie czynności seksualne jakie wykonujemy, wykonujemy w taki sposób, żeby były przyjemne dla obu stron, bo seks jest czymś, co w większości wypadków robi się dla przyjemności lub dlatego, żeby mieć dzieci A TAKŻE dla przyjemności (panie Terlikowski, proszę przestać pisać komentarz, wiem, że pan uważa, że seks tylko dla prokreacji, ale jakby pan nie miał z tego przyjemności, to chyba by jednak trochę mniej tych dzieciaków było…)

Musimy się pogodzić z tym, że niektóre osoby mogą negatywnie reagować na nasze próby flirtu, niezależnie od tego, jak bardzo się staramy, jak jesteśmy mili i jak bardzo jesteśmy atrakcyjni. Nawet Jake Gyllenhaal będzie w oczach niektórych kobiet pijanym wujkiem Heńkiem na weselu. Nie znaczy to jednak, że, tak jak twierdzą niektórzy smalce alfa, flirt i podrywanie zawsze musi kończyć się oskarżeniem o molestowanie. Od tego mamy oczy, żeby patrzeć i mózg, żeby myśleć. Jeśli koleżanka siedzi obok nas w knajpie i dziwnym trafem za każdym razem kiedy wstaje i idzie po kolejne piwo albo do toalety, to po powrocie siada coraz bliżej nas, to możemy spróbować ją przytulić. Jeżeli jednak po tym, jak my się przysuwamy, nasza koleżanka wykona ruch, jakby gotowała się do wyskoczenia przez okno, to należy natychmiast przerwać nasz kulawy zakus na flirt.

Żaden z nas nie jest jasnowidzem i każdemu zdarzy się czasem zrobić coś, co druga osoba może uznać za nieprzyjemne i może poczuć się niekomfortowo. W takim wypadku powinniśmy zrobić to samo, co robimy w każdym innym wypadku, gdy zrobimy coś nie tak: przeprosić i przestać. To naprawdę nie jest takie trudne i dziwi mnie fakt, że trzeba to ludziom tłumaczyć. Tak samo, jeśli osoba po jakimś czasie stwierdza, że coś co jej odpowiadało już jej nie odpowiada. Wy także możecie przecież wypić z wujkiem Heńkiem jednego kielicha czy dwa, co wcale nie oznacza, że macie ochotę na kolejne.

Jak w każdej rozmowie, tak samo w rozmowie z osobą, która jest obiektem naszych westchnień, najlepsze rezultaty osiągamy kiedy postaramy się posłuchać i spróbujemy zrozumieć punkt widzenia tej osoby. Wtedy naprawdę szybko możemy zobaczyć jak powinniśmy się zachowywać, bez uciekania się do słów czy gestów, które mogą urazić drugą osobę, a nas samych postawić w głupiej sytuacji.

W przeciwieństwie do tego co raczy pieprzyć profesor Lew-Starowicz, to jeśli uważasz, że flirt jest niemożliwy w epoce, gdy kobiety nie chcą być molestowane seksualnie, to znaczy, że znasz się na flircie, jak minister Szyszko na ochronie środowiska.

Część 1: https://ahmedgoldstein.wordpress.com/2017/12/06/czy-kogos-ostatnio-molestowalem-przewodnik-praktyczny-czesc-1-falszywe-oskarzenia/

Źródła obrazków:

Wujek Heniek: http://maxpixel.freegreatpicture.com/Walrus-Fins-Thick-Water-Rock-Zoo-Bart-Weight-1473278

Lew-Starowicz plecie: https://kobieta.onet.pl/zdrowie/seks/prof-zbigniew-lew-starowicz-to-bedzie-koniec-flirtu/d9w0cjc

Obrazek #metoo: https://www.pexels.com/photo/art-awareness-campaign-concrete-622135/

 

Czy kogoś ostatnio molestowałem? – Przewodnik praktyczny. Część 1 – Fałszywe Oskarżenia

Boicie się, że zostaniecie niesłusznie oskarżeni o molestowanie? Jeśli tak to jest to tekst dla was, dowiecie się, jak najskuteczniej uniknąć takich oskarżeń, czyli tego, jak nikogo nie molestować, ale najpierw dowiecie się dlaczego wasz strach jest nieuzasadniony (chyba, że na serio jesteście gwałcącymi zboczeńcami, wtedy jakoś specjalnie nie jest mi was szkoda).

metoo

Świat powinien spalić się ze wstydu, jeśli nie z innego powodu, to choćby dlatego, że ludzie zaczęli nagle zauważać „epidemię ZGŁASZANIA przypadków przemocy seksualnej i molestowania”, ale dziwnym trafem nie mogli wcześniej zauważyć epidemii przemocy seksualnej i molestowania. W niektórych przypadkach wynika to oczywiście z tego, że ludzie są często z natury (i z wychowania) strasznie samolubni. Jeśli jestem wyrośniętym starym facetem, to szansa na to, że ktoś będzie próbował mnie zgwałcić albo molestować w pracy jest raczej nieduża (oczywiście nie jest to niemożliwe i będę jeszcze o tym pisał, ale to temat na inną okazję). Mężczyźni zastanawiają się jednak częściej nad tym, dlaczego nagle zachowania, które wydawały się im dotychczas normalne, stają się czymś określanym jako „molestowanie”.

Chciałbym teraz zaznaczyć, że ten tekst jest pisany przez heteroseksualnego mężczyznę, dla heteroseksualnych mężczyzn, natomiast uważam, że kobiety bądź osoby nie hetero mogą się z niego dowiedzieć trochę o tym, jak działa mózg (tak, czasem działa!) heteroseksualnych mężczyzn, co pomoże im rozumieć skąd bierze się u niektórych niesamowicie defensywne podejście do tematu molestowania (osoby te są także proszone o komentarze, bo bardzo chętnie poznałbym ich punkt widzenia na poruszane przeze mnie tematy!).

Ogólnie to można by było podzielić sprawę na 2 części:

1. Strach przed fałszywymi oskarżeniami o coś co się nie wydarzyło np. gwałt czy przemoc

2. Obawę, że to co według nas jest niewinnym flirtem zostanie nazwane molestowaniem

Jeśli chodzi o punkt pierwszy to sprawa jest dosyć prosta. Wiecie jak czasem wychodzicie ze sklepu przez taką bramkę, co piszczy i boicie się, że mimo, że nic nie ukradliście, to zaraz wam zapiszczy i ochrona pomyśli, że jesteście złodziejami? No właśnie. Ludzie z natury są trochę paranoiczni i pewnie od kiedy jeden jaskiniowiec ukradł drugiemu kieł mamuta boją się, że ktoś fałszywie ich o coś oskarży. W przypadku przestępstw seksualnych taką paranoję u mężczyzn (tych niewinnych oczywiście!), nakręcają według mnie trzy mechanizmy:

1. Ciężko by było udowodnić, że się kogoś nie zgwałciło. Jeśli wychodzimy ze sklepu, a bramka zapiszczy przypadkowo, to zawsze możemy pokazać, że nie mamy nic w kieszeniach i ochrona da nam spokój. W wypadku oskarżenia o gwałt często nie ma bezpośrednich dowodów, ani na „tak”, ani na „nie”. Oczywiście ciężko jest w ogóle udowodnić, że się nie popełniło jakiegokolwiek przestępstwa, bo bardzo często jest to słowo przeciw słowu. Sąsiad może pokazać guza na głowie policji i powiedzieć, że przywaliłem mu łopatą, ale dziwnym trafem jakoś nikt nie boi się, że coś takiego się może wydarzyć. Wynika to z punktów 2 i 3:

2. Postrzegana powszechność „fałszywych oskarżeń o gwałt” może wynikać z tego, że jest to najczęściej przyjmowana linia obrony przez gwałcicieli. Wynika to zresztą z logiki. Złodziej może powiedzieć, że kradzione towary kupił albo znalazł. Nie musi oskarżać ofiary o kłamstwo, może zwalić winę na nieistniejącą osobę trzecią, która według niego dokonała kradzieży. W wypadku pobicia, bandyta zwykle przyjmuje prostą linię obrony: „to on zaczął panie władzo, ja się tylko broniłem”, nawet jeśli byli świadkowie tego zdarzenia, to bandziorek może twierdzić, że nie widzieli oni momentu, kiedy pobity zaatakował go pierwszy. Gwałciciel nie może udawać, że to ktoś inny zgwałcił, więc ma 2 możliwości obrony: albo stwierdzi, że stosunek odbył się za zgodą obydwu stron albo uparcie będzie twierdził, że całe zdarzenie było wyimaginowane i ofiara próbuje się na nim mścić albo jest niespełna rozumu. Nawet jeśli nie znamy osobiście wielu gwałcicieli to takie sytuacje są nam znane gdyż…

3. Motyw fałszywych oskarżeń o gwałt przewija się niesamowicie często w literaturze, filmie czy popkulturze. Nie ma to nic wspólnego ze statystką (nie chce mi się teraz grzebać w tabelkach, ale fałszywe oskarżenia o gwałt to niewielki procent wszystkich oskarżeń, mniej, niż w wypadku innych przestępstw, nie wspominając o fałszywych oskarżeniach, przez które ktoś rzeczywiście poszedł siedzieć, na dole wrzucę linki, dla tych, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej). Ale przecież tak samo lęk przed zamachami dokonywanymi przez uchodźców w Polsce nie ma nic wspólnego ze statystyką (nie było żadnego, a boi się ich mnóstwo ludzi). Albo strach przed wilkami. Kiedy ostatnio czytaliście, że kogoś zaatakował wilk? Jest ich mało, nikogo nie atakują, ale ludzie i tak się boją. Niektórych tematów ani media, ani twórcy (lub „twórcy”) nie chcą po prostu zostawić w spokoju. Nawet wspaniały reżyser i aktor Tommy Wiseau nie ustrzegł się tego tematu i jego bohater Johnny został fałszywie oskarżony o przemoc wobec swojej narzeczonej:

Biorąc pod uwagę 3 powyższe punkty, nic dziwnego, że niektórzy mężczyźni podchodzą ostrożnie do akcji #metoo i boją się, że to właśnie oni mogą stać się tym niewielkim procentem niesłusznie oskarżonych. Wiedząc, jak seksistowskie jest nasze społeczeństwo i jak media lubią dopuszczać do głosu ludzi siejących zamęt i panikę, taka sytuacja nie powinna nas wcale dziwić. Nie jest to oczywiście usprawiedliwienie, tak samo jak nie powinno być usprawiedliwiane panikowanie na myśl o przyjęciu uchodźców czy na samą myśl o wilkach, ale nie powinniśmy udawać, że takie wątpliwości wynikają tylko i wyłącznie z seksizmu osoby, która je wyraża.

Część druga pt. „Czy kogoś ostatnio molestowałem? – Przewodnik praktyczny, część 2 – Flirt czy Molestowanie?” zostanie zamieszczona jutro. Na razie zapraszam do komentowania! Zgadzacie się czy nie? Macie coś do dodania?

Część 2: https://ahmedgoldstein.wordpress.com/2017/12/07/czy-kogos-ostatnio-molestowalem-przewodnik-praktyczny-czesc-2-flirt-czy-molestowanie/

Źródła:

https://www.pexels.com/photo/art-awareness-campaign-concrete-622135/

Artykuły na temat fałszywych oskarżeń o gwałt:

https://qz.com/980766/the-truth-about-false-rape-accusations/

The myth that false rape accusations are common is dangerous and damaging