Masz alergię? Umrzyj.

Mamy dziś Halloween, czyli weselszą wersję Święta Zmarłych, a przy tej okazji mamy też dowcipy związane z Halloween. Jak zwykle, niektóre są śmieszne inne mniej, niektóre obraźliwe inne mniej i tak dalej. Jeden konkretny wkurzył mnie bardziej niż zwykle. Obrazek przybył do Polski oczywiście z USA i oczywiście tragicznie przetłumaczony, co wcale mu nie pomaga.

14915452_1424712367556166_1434245659984256179_n.jpg

Takie tam heheszki z tego, że teraz to dzieci takie głupie i rodzice tacy nadopiekuńczy i w ogóle to wszyscy są nadwrażliwi w XXI wieku. No bo przecież alergie i nietolerancje to wymysł, prawda? To nic, że u osoby z celiakią spożywanie glutenu może prowadzić do uszkodzenia jelita, wypadania włosów i, w wypadku dziecka, zahamowania wzrostu. Wymysły jakieś, nie? Co z tego, że nietolerancja laktozy po spożyciu produktów, które ją zawierają może powodować silne wymioty i, a jakże, uszkodzenie jelita. Alergia na orzechy i fistaszki? Pff wymysł. Można umrzeć od tego, ale to przecież nic takiego.

Od tych problemów nieco odstaje opcja wegańska, bo przecież weganizm to wybór, prawda? Z tym, że skoro nikt się nie krzywi na katolika odmawiającego kiełbasy w Wielki Piątek, to czemu mamy się nabijać z wegan i wegetarian? Ich poglądy są przynajmniej bardziej konsekwentne. „Genderowo neutralne cukierki” litościwie przemilczę, choć zastanawiam się czy nie dziwniejsze byłyby cukierki płciowo zidentyfikowane. To takie z penisami czy co?

Dobra, ale przecież żarcik to żarcik, nikt tego nie bierze na poważnie, prawda? No i tu jest problem, bo oczywiście żarcik to żarcik, ale jest to kolejny kamień wrzucany do ogródka pod tytułem „alergie i nietolerancje to wymysł”. Zacznę od tego, że TAK, są osoby, które robią sobie autodiagnozę i stwierdzają, że nie mogą jeść np. glutenu. I wiecie co? Nie widzę z tym problemu. Po pierwsze, wydadzą mnóstwo kasy na bezglutenowe żarcie wspomagając przy tym firmy, które zaopatrują prawdziwych celiaków. Po drugie, im więcej knajp będzie sprzedawało bezglutenowe rzeczy, tym lepiej dla tych, którzy na serio muszą je omijać. Po trzecie, gluten często i tak znajduje się w rzeczach, których się nie powinno jeść za dużo. Odstawienie drożdżówek nikomu nie zaszkodzi. Co do czego, osoby z celiakią wiele zawdzięczają hipsterom.

Problem jest jednak taki, że wielu ludzi zajmujących się gastronomią temat alergii olewa, bo stwierdza, że to wymysły albo po prostu nie zależy im na tym, żeby cokolwiek wiedzieć. Na pytanie czy np. frytki albo mięso zawierają gluten (którego teoretycznie nie powinny zawierać, bo przecież gluten jest ze zboża, ale zdziwilibyście się jakbyście zobaczyli do ilu produktów sypie się kosmiczne ilości mąki i innych dziwnych rzeczy) odpowiadają np. „E nie, nie ma tam jajek”. Ładnie, nie? Skupiam się na glutenie, bo małżonka ma akurat taki problem, ale inni mają pewnie dokładnie takie same doświadczenia z innymi alergenami. Nie będę wam tu wklejał drastycznych zdjęć, ale warto wspomnieć, że dzieci z niezdiagnozowaną celiakią potrafią wyglądać jak z obozu koncentracyjnego, mimo że rodzice dbają o nie najlepiej jak mogą.

Można uznać, że jest coś takiego jak „moda na alergie”, ale jest to niezbyt szkodliwy margines. Wzrost liczby alergików i osób z nietolerancją wynika przede wszystkim z tego, że w końcu można takie rzeczy diagnozować. Ignorowanie problemu i twierdzenie, że „kiedyś tak nie było” to droga donikąd. Spójrzcie na to z innej strony: możecie być pewni, że znajomy z celiakią nie wyżre wam pizzy, a znajomy weganin nie podwędzi (hehe) kiełbasy z lodówki.

Cenzura vs „poprawność polityczna”

Niedawne zniknięcie z Facebooka profili Młodzieży Wszechpolskiej, ONR czy Marszu Niepodległości wywołało głośne protesty członków i sympatyków tych organizacji. Administracja Facebooka tłumaczy (całkiem słusznie), że profile zostały zamknięte ze względu na promowanie mowy nienawiści, która na Facebooku (będącym, przypominam, prywatnym portalem z siedzibą w USA) jest zakazana, tak więc takie rozdawnictwo banów nie powinno dziwić, aczkolwiek, po tylu latach przymykania oka na rasizm, ksenofobię, homofobię i osobiste ataki na różnych „lewaków”, akcja administratorów jest miłym zaskoczeniem.

cenzura

Narodowcy, jak każdy kto nie wie, albo udaje, że nie wie, jak działa Facebook, widzą w tym oczywiście akcję polityczną skierowaną przeciwko sobie i cenzurowanie poglądów. Facebook, jak większość portali internetowych, ma swoje zasady i zakładając na nim konto musimy zaznaczyć, że je akceptujemy. To, że nikt ich nie czyta, nie oznacza, że ich tam nie ma. Swoją drogą, wydaje się nieco dziwne, że wielu narodowców twierdzi, że wolny rynek oznacza, że można otworzyć np. bar „Tylko dla białych”, ale jak dostają bana na Facebooku, to już im się ten wolny rynek przestaje podobać. Najwyraźniej działa tzn. „Prawo Holochera” czyli: „Wolny rynek tylko dla Polaków!”.

Jak zawsze w takich wypadkach pojawia się pytanie: co jest cenzurą, a co nią nie jest? Czy usuwanie stron założonych przez skrajną prawicę to słuszne działanie czy może „terror poprawności politycznej”? Spójrzmy najpierw jak Encyklopedia PWN definiuje te terminy:

cenzura [łac.], kontrola publicznego przekazywania informacji, stanowiąca ograniczenie wolności wyrażania poglądów (tradycyjnie nazywanej wolnością słowa) oraz rozpowszechniania informacji (wolność druku), także urząd państw. lub kośc. powołany do sprawowania tej kontroli.

poprawność polityczna, ang. political correctness, zasada unikania określeń, które mogłyby być uznane za przejaw dyskryminacji w stosunku do osób ze względu na ich przynależność rasową, narodową, wyznaniową, pochodzenie społeczne lub orientację seksualną.

Można by było się spierać, że zarówno cenzura, jak i poprawność polityczna (chociaż czy przy obecnym rządzie można mówić o „poprawności politycznej” według amerykańskiej definicji, skoro nawet ministrowie jej nie przestrzegają?), ograniczają w pewien sposób wolność słowa. Inna sprawa, że warto się zastanowić, jak rozumiemy wolność słowa i czy niektórzy nie przeciągają struny za daleko, kiedy mówią o prawie do wolności słowa.

Z jednej strony jest oczywistym, że nikt nie chce mieszkać w kraju, w którym każdy publikowany tekst jest kontrolowany przez rząd, gdzie istnieje cenzura prewencyjna, a za obrażanie „umiłowanego wodza” idzie się do ciupy albo od razu pod mur. Z drugiej strony jednak, wyobrażacie sobie kraj, w którym KAŻDY może mówić WSZYSTKO, co tylko mu ślina na język przyniesie i nie ponosić przy tym żadnych konsekwencji? Ktoś się wkurzy na Kowalskiego i zacznie wszystkim opowiadać, że Kowalski to złodziej, a do tego pedofil. Nic mu nie można zrobić, bo przecież jest wolność słowa. W takim wypadku część ludzi powie „niech go Kowalski poda do sądu!”.

Takie rozwiązanie ma oczywiście sens, ale po pierwsze: musi istnieć prawo, które pozwoli Kowalskiemu na podanie oszczercy do sądu. Coś w stylu „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”, bo przecież jeśli takiego prawa nie ma, to trudno będzie kłamczuszka skazać. Jeśli takie prawo istnieje, oznacza to, że już w tym momencie nie mamy całkowitej wolności słowa. Inna sprawa, że nie wszyscy są w stanie z drogi prawnej skorzystać. Choćby pojawiające się co raz zachęty do mordowania uchodźców. Jakoś nie widzę szansy na to, żeby ktoś z Syrii czytał polski internet i miał możliwość przyjść i osobiście złożyć zawiadomienie na policji. Nie mówiąc o nieletnich, osobach w bardzo podeszłym wieku, osobach chorych psychicznie lub z niepełnosprawnością intelektualną. Takie zapodawanie się nawzajem działa też w drugą stronę. Jeśli ktoś ma pieniądze, czas i możliwości (czyli pieniądze) na to, żeby podawać innych do sądu, może robić to praktycznie w nieskończoność. Donald Trump ma zwyczaj podawania do sądu dziennikarzy, którzy stawiają go w negatywnym świetle. Zrobił to tyle razy, że prawnicy, którzy są w posiadaniu tych informacji nie chcą ich upubliczniać, gdyż… boją się, że Trump poda ich do sądu. Tak, to nie żart. Prawnicy boją się, że Trump poda ich do sądu, gdy ogłoszą jak wielu ludzi Trump podał do sądu. A mówią, że w Związku Radzieckim były absurdy.

W związku z tym powinny istnieć jakieś przyjęte zasady, na temat tego, co można i czego nie można mówić, a także na temat tego, jakie ewentualne konsekwencje mogą spotkać tego, kto nie stosuje się do tych zasad. Zacznijmy od rozróżnienia czym jest cenzura, a czym jest niesławna „poprawność polityczna”. Powiedziałbym, że cenzura jest przede wszystkim wtedy, kiedy władza broni sama siebie przed obywatelami. Za PRL nie można było mówić, że rządzą idioci albo pisać o tym, że milicja pałuje studentów. Istnieje również cenzura obyczajowa. Władza pilnuje, aby przypadkiem media czy sztuka nie zgorszyły obywateli. Może ona przyjmować bardzo dziwaczne formy. Izraelska gazeta prowadzona przez ultraortodoksyjnych Żydów, ze względu na przyzwoitość wycięła kiedyś ze zdjęcia Angelę Merkel, bo jest kobietą, a pokazywanie zdjęć kobiet jest nieprzyzwoite. W tym wypadku to oczywiście przykład autocenzury, ale gdyby tacy ludzie dorwali się do władzy, strach pomyśleć co by im mogło przyjść do głowy.

Inaczej sprawa ma się w wypadku tzw. „politycznej poprawności”. Chodzi tu o przepisy, które, jak nam powiedziała nasza definicja, zabraniają dyskryminacji ludzi ze względu na szereg czynników, takich jak rasa, religia i tym podobne. Różnica pomiędzy cenzurą, a poprawnością polityczną jest taka, że w tym wypadku władza stara się bronić jednych obywateli przed drugimi, mniejszość przed większością. Nie musiałaby ona istnieć, gdyby wszyscy byli dla siebie mili i traktowali się w równy sposób. Niestety lata wojen religijnych, ludobójstw i dyskryminacji pokazują nam, że ludziom bardzo niewiele wystarczy, żeby uznać to za powód do dokopania innym.

Mógłbym teraz skończyć mówiąc, że cenzura zła, a poprawność dobra. Niestety, nie jest to zawsze takie oczywiste, gdyż ludzie bez przerwy mylą zarówno te, jak i inne pojęcia, a także ich nadużywają. Stron polskich nacjonalistów były pełne rasistowskich i ksenofobicznych treści, które nakręcały tylko ksenofobiczne nastroje w kraju. Wiele osób publikujących takie treści broni się, twierdząc, że podają tylko fakty, ale czasem liczy się też kontekst podawania takich informacji. Holenderski ulubieniec islamofobów, Geert Wilders, założył swego czasu portal na którym publikował informacje o przestępstwach dokonywanych przez polskich imigrantów. Czy to było w porządku? Czym innym jest gazeta, która pisze, że Holender podpalił dom, dwóch innych Holendrów pobiło się w knajpie, a przy okazji jeszcze Polak ukradł ogórki w sklepie, a czym innym portal, który upiera się, żeby pisać tylko i wyłącznie o przestępstwach dokonywanych przez jedną nację. Tym bardziej, że ci mniej ostrożni rasiści nie tylko „informują” ludzi o „problemach z imigrantami”, ale też pomagają im wyciągać „właściwe wnioski” z takich wydarzeń. Dziwnym trafem, wniosek jest zawsze taki, że wszystko, co złe, to wina imigrantów, nawet jeśli, jak w Polsce, tych imigrantów jest bardzo mało.

Bez komentarza należy pozostawić wypowiedzi, które bezpośrednio piszą się pod inne paragrafy, w rodzaju gróźb karalnych. Namawianie do zabijania ludzi, niezależnie od koloru skóry czy pochodzenia, nie ma nic wspólnego z byciem niepoprawnym politycznie. W drugą stronę próbują pchać się ci, którzy uważają, że ich religia daje im prawo do szerzenia nienawiści. Jest to kolejny idiotyzm. Prawo i ogólne zasady bycia porządnym względem innych stoją wyżej, niż praktykowane przez nich gusła. Cukiernik w USA uznał, że nie zrobi tortu na gejowski ślub, bo mu tak bozia kazała, bo przecież gejowski ślub niszczy instytucję małżeństwa. Ciekawym może być fakt, że ten sam cukiernik przygotował tort na… psi ślub (zwierząt znaczy się, nie policji). Poza tym twierdził, że w każde ciasto wkłada część siebie, co budzi dość dziwne skojarzenia i powoduje lekki odruch wymiotny.

Jak zwykle okazuje się, że przeginanie w jedną czy w drugą stronę jest niezdrowe. Wolność słowa jest bardzo ważna, ale niektórzy pod płaszczykiem „politycznej niepoprawności” próbują przemycić nienawiść, groźby i namawianie do stosowania przemocy wobec grup, które im nie pasują. Trudno powiedzieć, gdzie dokładnie przebiega granica. Co więcej, w różnych krajach przebiega ona w innych miejscach. Krytyka rządu Izraela, to nie to samo, co obrzucanie błotem „Żydów z Wyborczej”. Wszystko zależy od kontekstu i intencji autora. Obamę możemy krytykować za jego politykę, ale nawet jeśli mamy rację, to dopisując na koniec, że to wszystko „przez to, że jest czarny” całkowicie zmieniamy wymowę naszej wypowiedzi. Tak samo sprawa się ma z krytykowaniem ISIS. Jeśli nasz wywód poświęcony zbrodniom popełnionym przez terrorystów z Państwa Islamskiego zakończymy wnioskiem, że „wszystkich muzułmanów należy wyrzucić z Europy” to nagle z ataku na zasługującą na to grupkę zbrodniarzy, przenosimy nasz atak na miliony niewinnych ludzi. Jak myślicie, jeśli ktoś się zasugeruje naszym tekstem i zechce postąpić zgodnie z naszymi zaleceniami, to co zrobi: pojedzie walczyć do Syrii czy wybije szybę w lokalu z kebabem w Sosnowcu?

Źródła:

Facebook banuje: http://www.tvn24.pl/znikaja-profile-narodowcow-na-facebooku,687482,s.html

Izraelska gazeta wywala Merkel ze zdjęcia: https://www.theguardian.com/world/2015/jan/14/israeli-newspaper-hamevaser-merkel-women-charlie-hebdo-rally

Trump pozywa do sądu: https://www.youtube.com/watch?v=SgTxGOrXqRQ

Religijny cukiernik: https://www.youtube.com/watch?v=5d667Bb_iYA

 

Czarny protest musi trwać!

Dzisiaj w sejmie padł projekt stowarzyszenia Ordynarnych Jurków, przewidujący karanie kobiet, które przerywają ciążę. Zorganizowany przez partię Razem #CzarnyProtest odniósł sukces, którego niewielu się spodziewało. Zanim zaczniemy się cieszyć, powinniśmy się zastanowić nad kilkoma sprawami.

urodze-lewaka

Po pierwsze, przyjrzyjmy się wynikom głosowania, prosto ze strony Sejmu RP. Mimo wytycznych prezesa i olbrzymich protestów, 32 posłów PiS nadal głosowało przeciw odrzuceniu projektu całkowitego zakazu aborcji, a 9 wstrzymało się od głosu. Platforma dziś bardzo ładnie, wszyscy za odrzuceniem, ktoś widać wrogów kobiet z tej partii wziął za pysk, natomiast Kukiz 15: 14 za odrzuceniem, 15 za przyjęciem i 3 się wstrzymało. Czyli wychodzi na to, że wolnościowa partia Kukiz’15 propaguje wolność, ale nie dla kobiet (choć sam Paweł Kukiz, który obrażał niedawno kobiety protestujące przeciw projektowi, zagłosował za jego odrzuceniem hmm…). Dalej Nowoczesna, całkiem ładnie, wszyscy przeciw, jedna osoba nieobecna. Potem lekki szok, PSL tylko 2 przeciw, 8 za, 4 się wstrzymało. Wychodzi na to, że to PSL jest partią, która najbardziej w sejmie nienawidzi kobiet. Reszta planktonu głosowała dosyć przypadkowo, część za (w tym ED Napieralskiego), część przeciw (w tym oczywiście poseł Winnicki, dla którego znęcanie się nad kobietami jest narodową i religijną tradycją), część się wstrzymała.

A teraz sobie przypomnijmy, co stało się 23 września, kiedy jeszcze sytuacja wydawała się być pod kontrolą i nie wyglądało to wszystko jak pożar w burdelu. Otóż PiS jednogłośnie: 230 posłów przeciw odrzuceniu, zero za odrzuceniem (tzn. zero posłów, a nie Zbigniew Ziobro), przy pomocy nienawidzących kobiet posłów z innych partii (PO – 4 posłów przeciw, PSL – 8 przeciw, Kukiz – 20 przeciw, tylko 4 za), posłał projekt Ordo Iuris do komisji, a projekt Ratujmy Kobiety, mimo wcześniejszych zapewnień, że tego nie zrobi, posłał do kosza. Uwalenie projektu Ratujmy Kobiety to w ogóle jest ciekawa sprawa. PiS obiecał, że będzie rozpatrywał WSZYSTKIE projekty obywatelskie, bo PO tego nie robiła. No i rzeczywiście, szefostwo PiS, z Jarkiem na czele głosowało przeciw odrzuceniu projektu (razem 43 osoby). Za odrzuceniem projektu głosowało natomiast 13 posłów PO, 22 od Kukiza, 2 z Nowoczesnej i 11 z PSL. PSL w ogóle się tu popisał, bo nie tylko to właśnie PSL złożył wniosek o odrzucenie projektu Ratujmy Kobiety, to tylko w tej partii nie było NIKOGO, kto poparłby projekt. Chciałbym w tym miejscu zaapelować do szefostwa PSL: wiem, że to wasze rodzinne sprawy, ale możecie do następnych wyborów wystawić bardziej kumatych wujków? Całą sytuację próbowała wykorzystać pani premier usprawiedliwiając swoją partię:

„Jak przypomniała, do parlamentu trafił obywatelski projekt w sprawie zaostrzenia przepisów, który został skierowany do dalszych prac. – Był też złożony projekt (liberalizujący obecne przepisy – red.), który został w głosowaniu odrzucony. Chcę przypomnieć, że wniosku w sprawie odrzucenia tego projektu nie złożył PiS. Złożył go klub PSL – mówiła. Szefowa rządu zaznaczyła, że odrzucenie projektu było „suwerenną decyzją parlamentarzystów ze wszystkich klubów parlamentarnych”. – To głosowanie rozłożyło się bardzo różnie i praktycznie wszystkie kluby były podzielone – dodała.”

Piknik na Skraju Głupoty wysnuł nawet teorię, że PiS chciało zagłosować tak, żeby wyszło, że projekt padł przez głosy opozycji. Jak było naprawdę, wie pewnie tylko Jarosław Kaczyński.

Wychodzi na to, że pomiędzy 23 września, a 6 października wiele się zmieniło. Polki (i Polacy) pokazały swoją siłę, ludzie wyszli na ulice. PiS poszedł po (niewielki, ale mimo wszystko) rozum do głowy i zdecydował się, że to nie jest odpowiedni moment na pójście na otwartą wojnę z narodem i wycofał się rakiem z popierania projektu zygotarian. Po części było to do przewidzenia, bo projekt, nawet jak na standardy nienawidzących kobiet środowisk projalfowych, jest ewidentnie przegięty. Pod postulatami karania kobiet za przerywanie ciąży nie chciał się podpisać nawet episkopat. Niezajmujący żadnych stanowisk państwowych poseł Jarosław Kaczyński na chwilę przed głosowaniem wygłosił przemowę, w której zapewnił, że nadal popiera „ochronę życia”, ale tak radykalny projekt mógłby doprowadzić do późniejszej liberalizacji ustawy aborcyjnej. Jest to niesamowity fikołek logiczny, który ja rozumiem tak: „Słuchajcie, ja nadal popieram znęcanie się nad kobietami, ale jak przesadzimy, to potem mogą nam całkiem zabronić się znęcać”.

Co by się stało, gdyby nie zainspirowany przez partię Razem #czarnyprotest? Nie wiadomo. Obstawiam, że projekt Ordo Iuris rozbijałby się po komisjach do następnych wyborów, ale równie dobrze Sejm mógłby go przyjąć, a potem dopiero PiS zastanawiałby się, co robić dalej. Nie warto się nad tym zastanawiać. Należy natomiast pomyśleć nad tym, co dalej. Udało się osiągnąć całkiem sporo: Projekt Ordo Iuris padł, a na dodatek premier Beata Szydło obiecała REALNĄ pomoc kobietom, które zdecydują się na urodzenie niepełnosprawnych dzieci (czyli drugi po 500+ projekt PiS, którzy może rzeczywiście spowodować spadek liczby aborcji w Polsce!). Niestety w tych obietnicach jest także zawoalowana groźba. Otóż PiS nie zamierza zygotarian i fanów znęcania się nad kobietami, zostawić na lodzie. Krystyna Pawłowicz wrzuciła, jeszcze przed głosowaniem, taki post na Facebooka.

krysia

 

Poza tym, że należy ją pochwalić za to, że oddziela środowiska lewackie i PO, widać tu kilka rzeczy. Po pierwsze, Krysia udaje, że PiS z tym projektem wcale nic wspólnego nie ma i zapomina, że sama jeszcze niedawno głosowała ZA. To trochę tak, jak wtedy, kiedy łapiemy małego Józia na kradzieży jabłek, a on tłumaczy, że to nie jego wina, bo to Mietek wymyślił. Po drugie, poseł Pawłowicz przyznaje, że PiS dostaje wytyczne z episkopatu na temat tego, jak ma rządzić krajem. Niby wiadomo, ale zawsze miło, że się przyznali. Na koniec niestety najgorsze: PiS pracuje nad swoim projektem zakazu aborcji. Można się domyślić, że tym razem uderzą w, jakże kłamliwie nazwaną, „aborcję eugeniczną”. Dla przypomnienia: eugenika to pseudonauka praktykowana przez nazistów, mająca na celu utrzymywanie czystości rasowej. Hitler zabronił przerywania ciąży aryjkom, natomiast umożliwiał to Żydówkom. Niemki miały rodzić ile się da, Żydówki miały rodzić jak najmniej. Z oczywistych przyczyn takie rzeczy w Polsce się nie dzieją i nie będą raczej działy (chyba, że pewna opcja, mająca już jednego posła w sejmie, dojdzie do władzy…). W wersji PiS zakaz „aborcji eugenicznej”, będzie raczej nakazem rodzenia chazaniątek i w praktyce będzie wyglądało to tak, że ciążę trzeba będzie donosić, nawet jeśli płód nie ma głowy albo cierpi na jeden z tych zespołów, które powodują, że po urodzeniu wygląda gorzej niż plakaty prolajfów, po czym umiera w męczarniach.

Całości dopełnia jeszcze dziwaczny „mem” wrzucony na oficjalny fanpage Prawa i Sprawiedliwości, z którego wynika (chyba, bo nie wiem czy ktokolwiek rozumie go do końca), że zakaz aborcji jest w sumie spoko, ale zła opozycja „wyprowadziła kobiety na ulice” (Ale jak? Jak psa na spacer? Mi się wydaje, że same wyszły…).

pisowy-mem

Podsumowując: PiS nie poszedł na otwartą wojnę z narodem, ale wojny podjazdowej nie odpuści. Poza kolejną ustawą antyaborcyjną (a potem być może kolejną, bo przecież tak naprawdę WSZYSCY w PiS, z pewnymi zastrzeżeniami, ale jednak popierali projekt Jurków), czekają nas kolejne atrakcje, takie jak prawdopodobne przyjęcie szkodliwego dla Polski porozumienia CETA, walenie kolejnych milionów na kościół czy też odstrzał wszystkiego, co się rusza w polskich lasach. Wniosek z tego jeden: transparentów z poniedziałkowej manifestacji nie wyrzucajcie, tylko przygotowujcie się do smarowania nowych. Protesty przeciwko CETA mają ruszyć już bodajże w połowie października.

Źródła:

Głosowanie za odrzuceniem projektu zygotarian z 23 września: http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=26&NrGlosowania=15

Głosowanie za odrzuceniem Ratujmy Kobiety: http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=26&NrGlosowania=17

Głosowanie z 6 października za odrzuceniem projektu Ordo Iuris: http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=8&NrPosiedzenia=27&NrGlosowania=12

Szydło mówi o odrzuceniu projektu Ratujmy Kobiety: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/premier-beata-szydlo-o-wypowiedzi-waszczykowskiego,681164.html

PiS nie umie memować: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,20798893,pis-reaguje-na-awanture-wokol-projektu-stop-aborcji-i-tylko.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Piknik na Skraju Głupoty i jego teoria na temat tego, jak PiS chciało uwalić projekt Ratujmy Kobiety przy pomocy głosów opozycji: http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com.es/2016/09/nieudany-gambit-pis-u.html